sobota, 5 listopada 2011

4.Jeremi. Wartości poznawcze

Nie chciałem się nikomu narzucać. Ani stryjowi, ani cioci, ani Oskarowi. Zwłaszcza Oskarowi. Nigdy nie darzył mnie sympatią, a ja z reguły nie staram się wchodzić w interakcję z ludźmi, którzy mnie nie lubią. Jednak jego wyraz twarzy, gdy wszedł do mieszkania sprawił, że poczułem się winny całego zła na świecie. 
- Cześć - rzucił, wyzwalając twarz z szalika. Starał się brzmieć cokolwiek obojętnie, jednak chłód przebijał się przez jego słowa. - Jak podróż?
- Dobrze - odparłem, mieszając łyżką w misce zupy. 
Koniec. Zdawkowa wymiana uprzejmości oswobodziła Oskarka z jakichkolwiek skrupułów i już wybierał się do swojego, a właściwie naszego pokoju, gdy odezwała się ciotka:
- Oskar, chodź tutaj. Zupę ci nalewam. 
- Nie jestem głodny. Jadłem na mieście z dziewczynami. 
- Ale co ty opowiadasz - wtrącił stryjek. - Jerzyk przyjechał, posiedź z nami chwilę. 
Chłopak westchnął głośno, poprawił okulary na nosie, po czym opadł na taboret po drugiej stronie stołu kuchennego. Nie spojrzał na mnie ani jeden raz podczas wspólnego posiłku. 
 - Do drugiego dania pozostało kilka chwil, więc możecie sobie iść do pokoju - oznajmiła ciocia. - Pewnie macie jakieś wspólne tematy. My, starzy, nie będziemy się wam wtrącać. 
- Racja - dodał stryjek, wrzucając kawałki chleba do zupy. - Oskar może opowiedzieć co nieco o szkole... przecież za dwa tygodnie i Jerzyk tam pójdzie. 
Kiwnąłem głową, po czym ostrożnie podniosłem się z taboretu. Chwilę po mnie, również bardzo powoli uczynił to samo Oskar. Skierował się w stronę małego pokoju po drugiej stronie korytarza, otworzył drzwi i wszedł do środka. Zamknąłem za nim, skupiając się na przestrzeni, w której miałem spędzić najbliższe kilka miesięcy. Był to niewielki, umalowany na biało pokój przemeblowany specjalnie na moje przybycie. Po obu stronach pod ścianami stały jednoosobowe, posłane łóżka, i zestaw czarnych mebli: dwie małe szafy i dwa biurka. Nad tym po prawej stronie wisiała tablica korkowa zapełniona fotografiami, kolorowymi świstkami papieru i wycinkami z gazet. Oskar usiadł na łóżku obok, a ja skupiłem wzrok na zdjęciach. Myślałem, że zobaczę na nich te jego koleżanki, jednak wszystkie ukazywały przyrodę: w różnych aspektach i o różnych porach dnia i roku. Był jakiś wiejski krajobraz zimą, pole rzepaku o zachodzie słońca, drzewa owocowe w wiosenny dzień. Całkiem przyzwoicie ujęte. 
- To... co chciałbyś wiedzieć? - odezwał się w końcu mój kuzyn.
- Ty je zrobiłeś? - zapytałem, nie odwracając wzroku od zdjęć. 
- Tak. 
- Fajne.
- Dziękuję - mruknął, jakby trochę ożywiony. - A coś o szkole?
Musiałem się dobrze zastanowić nad swoim pytaniem, bo przeczuwałem, że może być ono moim ostatnim. Oskar przez chwilę wykazał jakiekolwiek zainteresowanie, lecz zaraz wrócił do stanu wyjściowego. 
- Jaka jest moja przyszła klasa?
- Prawie sami faceci - odparł. - Kilku kujonów, paru osiłków, klasowych klaunów i oczywiście tak zwana grupa imprezowa. Standard.
- Co to za ludzie?
- Grupa imprezowa? Nie powinienem mówić o nich źle, bo jej prowodyrem jest chłopak mojej najlepszej przyjaciółki, ale nie są to zbyt mili ludzie...
- Chłopak Julii? - przerwałem mu gwałtownie, po czym od razu ugryzłem się w język. 
Oskar wytrzeszczył oczy i zapytał podejrzliwie:
- Skąd znasz Julię?
- Ja...usłyszałem twoją rozmowę z ojcem przez telefon... - odparłem niepewnie. 
To pytanie było już na pewno moim ostatnim. 
- Mam jeszcze jedną przyjaciółkę. Nazywa się Ania - mruknął niespodziewanie Oskar - i to o jej chłopaku mówiłem. 
Zaskoczony kiwnąłem jedynie głową, po czym usiadłem na swoim nowym łóżku. Było dość miękkie, ale przy tym całkiem wygodne. To, co powiedział mi Oskar, wybiło mnie z pantałyku. Zastanawiałem się, dlaczego zareagował tak gwałtownie na myśl o tej Julii. Nawet jej nie znałem. 
- Nie będę ci o nich opowiadać za dużo. Poznasz ich wszystkich za dwa tygodnie - usłyszałem jakby z oddali. Oskar stał już przy drzwiach z pytającym wyrazem twarzy. - Nie idziesz na drugie danie? 
- Idę. oczywiście, że idę

wtorek, 16 sierpnia 2011

3. Julia. O straconej miłości.

Miałam nadzieję na lepsze spędzenie tego dnia. Nie winiłam Anki za to, że koniecznie chciała się spotkać z Bartkiem, ani Oskara za to, że przyjechał jego tajemniczy kuzyn. Chciałam jednak spędzić z nimi trochę więcej czasu; ostatnio czuję się taka samotna...
  Wystawy sklepowe, które mijałam, przemierzając Śródmieście zdawały się krzyczeć do mnie walentynkowymi sloganami. Nie chciałam nie lubić tego święta, ale to właśnie w tym okresie samotność doskwierała mi najbardziej. Nie to, żebym nie miała żadnego powodzenia. Wszędzie, gdzie tylko przebywałam roiło się od chłopaków: w szkole, w orkiestrze, w mojej orkiestrze... chociaż tam każdy sprawiał wrażenie zdystansowanego. No jasne, kto chciałby się umówić z dziewczyną, która nosi w torbie drewniane pałki i potrafi nimi nieźle przywalić. Grałam na perkusji, a dokładniej - na kotle. Był ciężki, nieporęczny i przy marszu obijał się o uda, ale przynajmniej sprawiał wrażenie groźniejszej, niż byłam w rzeczywistości. Była to Reprezentacyjna Orkiestra Stadionowa Marmy Hadykówki i grywała najczęściej na meczach żużlowych. Miałam dwanaście lat, gdy właśnie tam zobaczyłam ją po raz pierwszy. Ponad sześćdziesiąt osób zwartych w szyku, trzymających błyszczące instrumenty. A te radosne melodie... Od razu zapragnęłam do niej należeć, a jako córka jednego z żużlowców, miałam łatwiejsze dojście. Z początku niespecjalnie chcieli mnie przyjąć, bo nie ukończyłam żadnej szkoły muzycznej. Szybko się jednak okazało, że mam poczucie rytmu, więc dali mi do wypróbowania kilka elementów perkusji. I to grę na kotle opanowałam najszybciej. 
  Reszta traktowała mnie jak maskotkę, bo byłam najmłodsza, najmniej doświadczona i w dodatku dostałam się dzięki karcie przetargowej w postaci mojego taty - Pawła Wojnarskiego. Część z nich trochę mi zazdrościło, bo w tamtych czasach tata był prawdziwą gwiazdą Ekstraligi, a moje nazwisko zawsze figurowało na liście członków orkiestry. Żeby każdy wiedział, kim jestem. Po mniej więcej trzech latach nastąpiła częściowa rotacja składu, a ja zostałam i tak oto stałam się bardzo szybko stara. Dzięki swojej rzetelności sumienności zostałam szybko doceniona przez nowych kolegów i dyrygenta. I nikomu już nie przeszkadzało to, że zawsze była wymieniana jako pierwsza. Aż nagle pojawiła się niespodziewana wiadomość o śmierci mojego ojca. Bajka, w której żyłam, zamieniła się w koszmar, z którego nie można się wybudzić. był żużlowcem, więc gdyby zmarł na torze w wyniku jakiegoś wypadku, okrzyknięto by go bohaterem. On jednak, najbardziej beztroski człowiek, jakiego znałam, zginął w wypadku, prowadząc swój ukochany motor po pijanemu. Media szybko o nim zapomniały, a na podwórku i w szkole dzieci szeptały za moimi plecami, że jestem córką pijaka.
  W domu się o tym nie mówiło. Z resztą, mama przez pierwsze pół roku po wypadku, prawie w ogóle nie rozmawiała ze mną i moim młodszym bratem. Oboje z Tomciem bardzo silnie to przeżyli i często okazywali swoje emocje. Ja również tęskniłam za tatą, ale starałam się nie okazywać słabości, by pomóc im obojgu dojść do siebie. Towarzyszył nam wtedy Andrzej, młodszy brat mojej mamy, który zawsze służył jej pomocą. Przesiadywał u nas całymi dniami, gotował obiady, odbierał mnie ze szkoły. Minęły kolejne trzy lata, ja wciąż grałam w orkiestrze, mama wróciła do siebie i zajęła się pracą, a mój brat poszedł do szkoły. Tylko puste miejsce przy stole, stare ubrania w szafie, medale i puchary wciąż przypominały o pustce pozostawionej po kimś bliskim.
  Starałam się troszczyć o chorowitego Tomcia, który był uczulony na absolutnie wszystkie alergeny, a do tego miał astmę i wadę wzroku. Był moim młodszym o dziesięć lat braciszkiem przewyższającym błyskotliwością większość dzieci w jego wieku, dlatego najczęściej nie miał się z kim bawić. Przesiadywał całymi dniami w swoim pokoju i rysował, albo składał drewniane modele. 
- Co robisz? - zapytałam, przyglądając się jego zgarbionym plecom.
- Projektuję łódź podwodną - odparł pochylony nad biurkiem. - Jeśli uda mi się ją skonstruować, to będziemy mogli zanurkować w Wisłoku
- A dlaczego nie w morzu?
- Przecież morze jest na północy - mruknął z dezaprobatą, po czym odłożył ołówek i wstał z obrotowego krzesła. - Miałbym problem z przetransportowaniem jej na drugi koniec Polski. Ale jeszcze się nad tym zastanowię. 
- To może zastanowisz się przy obiedzie? - zaproponowałam, udając się do kuchni. Na płycie stal wielki garnek z zupą ogórkową. - Gdzie jest mama?
- Pojechała do cioci Elizy. Powiedziała, żebyś się zajęła wszystkim jak wrócisz, bo ona tam pewnie długo zostanie. 
Jasne. Mama lubiła załatwić wszystko na szybko, a potem zniknąć na cały dzień, zostawiając cały dom na mojej głowie. A było to prawie dwieście metrów kwadratowych powierzchni użytkowej plus ogród. Szkoda, że Andrzej wyjechał do dziadków. Gdyby tu był, przynajmniej nie siedzielibyśmy sami z Tomciem, który i tak nie był zbyt dobrym kompanem, bo nawet przy obiedzie odpływał do swojego własnego świata. Ja z resztą też. Mieszając podgrzewającą się zupę zastanawiałam się, czy będą teraz jakieś koncerty orkiestry, co Anka kupi Bartkowi i jak Oskar wytrzymuje z tymi Jeremim.

środa, 3 sierpnia 2011

2. Julia. Oskar.

 - Oskar, no chodź tutaj! - zawołała Anka wyraźnie zniecierpliwiona. Zawsze, gdy się denerwowała, przeczesywała sobie palcami swoje krótkie włosy - Musisz mi jakoś pomóc, w gruncie rzeczy jesteś facetem. 
Od dwóch godzin ciągała nas po piętrach galerii w poszukiwaniu prezentu walentynkowego dla Bartka - jej chłopaka.
 - Jestem gejem - mruknął Oskar z poirytowaniem, wpatrując się zza szkieł okularów w regał z powieściami fantasy - Nie mam zielonego pojęcia, co mogłoby się spodobać takiemu facetowi, jak twój Bartuś.
Wziął do ręki jeden z opasłych tomów i zaczął czytać informacje na obwolucie. Wyglądał tak samo smutno i tajemniczo, jak zawsze. Wysoki, chudy, trochę przygarbiony o delikatnych rysach twarzy i głębokim, piwnym spojrzeniu. Nawet Anka wyglądała przy nim bardziej męsko, ze względu na swoją masywną budowę. Oskar był dla mnie gałązką płaczącej wierzby. 
- Słaby argument, wiesz? - żachnęła się Anka, pochylając się nad nim - Chciałam mu podarować coś typowo
 walentynkowego. W tym chyba mógłbyś mi pomóc.
- Pudło, Aniu - odparł, odrywając wzrok od okładki - Na tym również się nie znam. Wiesz dobrze, że nie lubię tego święta. Jest tak samo bezsensowne jak Halloween.
- Mówiłbyś inaczej, gdybyś też kogoś miał - zawołała Anka stojąca w sąsiednim dziale - Tak jest zawsze.
- Jasne. wszyscy zazdrościmy ci twojego Bartusia. 
Ta jedynie prychnęła i powróciła do poszukiwań.
- Myślałam, że czujesz niechęć jedynie do Wielkanocy - wtrąciłam, przyglądając się uważnie Oskarowi
- Tak, to też - przytaknął - Ale to inny rodzaj niechęci. Walentynek nie lubię ze względu na ich komercyjny charakter, a Wielkanocy - ze względu na moją beznadziejną rodzinę.
Nie chciałam dolewać oliwy do ognia, więc już się nie odezwałam. Oskar od tygodnia biadolił o przyjeździe swojego pogrążonego w depresji kapryśnego kuzyna z Warszawy. Nie powiedział o nim ani jednego dobrego słowa przez cały ten czas, jednak mimo to, chciałam go poznać. 
- Świetnie - mruknęła Anka, która przez ten czas przeczesywała półki sklepowe - Ty tu sobie marudź, niech cię Julia pociesza, a mnie zostaw brudną robotę. 
- Aniu, Bartek jest twoim chłopakiem - powiedziałam najłagodniej, jak tylko umiałam - Ty powinnaś wiedzieć najlepiej, co mu się spodoba. 
- Tak, ale...
Jedno znaczące spojrzenie i Anka wreszcie się uciszyła. Obie skupiłyśmy się wtedy na Oskarze i jego pełnych spokoju gestach: dłoni gładzących grzbiety kolejnych książek, kolan zginających się tak, aby mógł on dosięgnąć niższych półek. 
- Oskar, chyba nie jest tak źle - powiedziała w końcu Anka - Może się jeszcze zakolegujecie...
- Może bym chciał, ale on nigdy nie wykazywał zainteresowania - odparł - Prawie nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, bo on uciekał od mojego towarzystwa za każdym razem, gdy próbowałem się do niego przybliżyć. Gardził mną, bo lepiej dogadywałem się z jego siostrą.
- To trochę bez sensu, że tu przyjeżdża, skoro się nie lubicie - stwierdziłam.
- Nawet bardziej niż trochę - żachnął się, ruszając w stronę wyjścia - Ojciec mówi, że popadł w złe towarzystwo i rodzice go tu przysyłają, żeby się uspokoił, ale mnie wydaje się, że chodzi o coś większego. 
- Nie musisz się tym przejmować - powiedziała Anka, szukając w swojej torebce wibrującego telefonu. Odebrała wiadomość, która wywołała ogromny uśmiech na jej twarzy - To Bartek. Pisze, że bardzo za mną tęskni i pyta, czy do niego nie wpadnę.
Jej wyraz twarzy zmienił się z arcyszczęśliwego na błagalno-pytający. Bardzo chciała spotkać się ze swoim chłopakiem, jednak z drugiej strony niezręcznie było jej zostawiać naszą dwójkę. Zwłaszcza, że sama nas tutaj zaciągnęła. Oskar pokiwał głową ze zrozumieniem, a ja uśmiechnęłam się pobłażliwie. 
- Idź. Spotkasz się z nami kiedy indziej. 
- Jasne! - rzuciła z entuzjazmem w głosie - Może jutro gdzieś wyskoczymy, co wy na to?
Nie czekając na odpowiedź, wymieniła z każdym z nas powietrzne całuski i pognała w stronę wyjścia z galerii. Staliśmy przez chwilę, patrząc jak odchodzi. Oskar zdjął z głowy swoją bordową czapkę, poprawił sobie grzywkę, po czym ponownie ją nałożył. Robił to nagminnie. 
- To może napijemy się gorącej czekolady? - zapytał nieśmiało czyli tak, jak zawsze, gdy coś proponował.
- Z przyjemnością - odparłam, chwytając za rękaw jego szarego płaszczyka. 
Automat z gorącymi napojami, z którego korzystaliśmy przy każdej możliwej okazji znajdował się na pierwszym piętrze, więc wsiedliśmy na ruchome schody, które zawiozły nas do góry. Jak zawsze, usiadłam na ławce, obserwując jak Oskar wrzuca monety i czeka na napój.
- Smacznego - wyrecytował, podając mi plastykowy kubek wypełniony parującą gorącą czekoladą. 
Skinęłam głową, a on powtórzył cały proces na nowo. Potem usiadł obok mnie i upił łyczka. 
Ja myślałam o tym, co powiedziała wcześniej Anka. Zastanawiałam się, czy miała rację, mówiąc, że gdy się już kogoś ma, to inaczej patrzy się na takie idiotyczne święta jak Walentynki. Nigdy nie miałam okazji się o tym przekonać, bo w przeciwieństwie do niej, zawsze byłam sama. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale w pewnym momencie życia uświadomiłam sobie, że chciałabym jednak poznać kogoś szczególnego, kto doceniłby mnie i moje wnętrze. 
- Myślisz, że kiedyś nam się uda? - spytałam w końcu.
- Ale co?
- No zapoznać kogoś, związać się..no wiesz...
Oskar zastygł z ustami zamoczonymi w czekoladzie. Pewnie zaskoczyła go moja bezpośredniość. Nie dziwiłam mu się, w końcu nie miałam z zwyczaju mówić głośno o sprawach sercowych. 
- Ze mną może być ciężko, ale ty... - odpowiedział zdawkowo.
- Co?
- Wiesz, Julio... jestem, no wiesz, trochę inny... ale gdybym nie był, to na pewno starałbym się ciebie poderwać.
Zmarszczyłam brwi, dając mu do zrozumienia, że to był kiepski żart. 
- Mówię serio - zapewniał - Masz ładną twarz. Ładne, szare oczy i włosy, które podobają się wszystkim. I dobry charakter. Czego chcieć więcej?
- Nie starasz się podnieść mnie na duchu? - zapytałam podejrzliwie.
- Ani trochę. A jeżeli tak bardzo ci na tym zależy, to możemy przez chwilę poudawać przed ludźmi, że nie jestem gejem, a ty jesteś moją dziewczyną.
Objął mnie nonszalancko, posyłając przechodniom pełne dumy spojrzenia, podczas gdy ja próbowałam powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. Będąc tak blisko niego, poczułam wibrujący telefon w jego kieszeni.
- Przepraszam, muszę odebrać - mruknął zbity z pantałyku. - Słucham?...w galerii....przepraszam, naprawdę...z Julią...no dobrze. Pa. To mój ojciec - zwrócił się do mnie - Pozdrawia cię.
- Dziękuję.
- I każe mi wracać do domu. Jeremi przyjechał. 
Jeremi, tak nazywał się jego kuzyn. Pierwszy raz, odkąd zaczął o nim mówić, nazwał go po imieniu. Popatrzyłam na jego strapioną minę. Najwyraźniej tego najbardziej się obawiał - powrotu do domu, w którym zastanie swojego nielubianego kuzyna. 
- Przykro mi, że musimy się teraz rozstać - wyznał smutnym głosem - Ale muszę tam iść. Nie mogę przez wieczność chować się go centach handlowych.
Skinęłam głową ze zrozumieniem. Tylko na tyle było mnie stać. bardzo chciałam go jakoś pocieszyć, w końcu był moim najlepszym przyjacielem podnoszącym mnie zawsze na duchu. Mogłam jedynie pogładzić go po ramieniu, gdy staliśmy już na przystanku, czekając na jego autobus.
- Mam nadzieję, że nie będziesz musiała go poznawać - wyznał Oskar. 
- Dlaczego?
- Bo to żadna przyjemność. Chociaż wątpię w to, że na siebie nie wpadniecie, bo będzie chodził do naszej szkoły. Mam tylko nadzieję, że nie będzie na mnie wtedy zwracał uwagi. Jak zawsze. 
Trochę mnie to podminowało, bo naprawdę byłam ciekawa, jaki był Jeremi.Chciałam go poznać i nie wiem, dlaczego.

wtorek, 2 sierpnia 2011

1. Jeremi - początek.

A więc tak wygląda dworzec w Rzeszowie. Mozaiki na ścianie przypominające monety sprzed denominacji nie robiły na mnie wrażenia tak samo jak i sama zabudowa miasta, którą zobaczyłem po wyjściu na jego powierzchnię. Rozejrzałem się wokół siebie, szukając chociażby jednej znajomej twarzy. Nic. Żaden z mijających mnie spieszących się ludzi nie był mi znajomy. Mróz szczypał mnie w twarz, a płatki śniegu wplątywały się w moje rzęsy. Wyobraziłem sobie, jak idiotycznie mogłem wtedy wyglądać: ciemna, schowana w czarną kurtkę postać, stojąca jak słup soli obok ogromnej walizki. Rozglądająca się bezradnie na boki. 
- Jerzyk! - zawołał za mną znajomy głos - Jerzyk, tu jesteś!
Odwróciłem się na pięcie za zainteresowaniem. Tak mówił do mnie tylko...
- Stryj Władek! - odpowiedziałem z nieukrywanym entuzjazmem - Już myślałem, że nikt po mnie nie przyjedzie.
Podszedł do mnie mężczyzna wysoki, lekko łysiejący na czubku głowy, opatulony w jasny kożuch.Uścisnął mnie serdecznie, po czym chwycił moją walizkę za rączkę i uśmiechnął się szeroko.
- No coś ty, Jerzyk - zaoponował, poprawiając mi jedną ręką mój szalik - Nie zostawilibyśmy cię na takim mrozie. Opowiadaj, jak podróż? Miałeś miejsce w pociągu? A jak w domu? U taty wszystko dobrze? Dawno się z nim nie widziałem, właściwie od zeszłej Wielkanocy. Trochę szkoda, że tak rzadko przyjeżdżacie, bo zawsze chętnie was gościmy, ale co tu się dziwić. Gdybym ja mieszkał w Warszawie, to też bym się z niej zbyt często nie ruszał.
Stryj na chwilę przerwał swój radosny słowotok, żeby zapakować moją walizę do bagażnika. Po chwili, gdy już obaj siedzieliśmy wewnątrz samochodu, ponownie go uruchomił, zalewając mnie falami swojego optymizmu. 
- Wszystko już jest przygotowane - opowiadał, próbując się jednocześnie skupić na drodze - Zapisaliśmy cię z ciocią do tej samej szkoły, do której chodzi Oskar. Chyba nie masz nic przeciwko?
- Nie, nie - odparłem, jednak w głębi duszy nie bardzo było mi to w smak, nawet nie wiem, dlaczego. 
- Oczywiście, nie będziecie chodzić do jednej klasy. Przydzielili cię na profil matematyczny, żebyś mógł dokończyć naukę. Oskar uczy się na humanistycznym. No cóż, tak sobie wybrał...
Tak, słyszałem. To jeden z tych mało ambitnych profili, które się wybiera po to, żeby się w liceum specjalnie nie zmęczyć. W głosie stryja słychać było nutę zawiedzenia. Widocznie, myślał podobnie, co ja. 
- Bardzo się cieszę - odpowiedziałem, żeby nieco podnieść go na duchu - A czy to dobra szkoła?
- Najlepsza szkoła publiczna w mieście! - zawołał triumfalnie - Trzymają wysoki poziom od ponad czterdziestu lat. 
Nie zrobiło to na mnie szczególnego wrażenia, bo moje liceum z Warszawy liczyło sobie ponad dwieście lat, ale nie powiedziałem mu o tym. Niech się trochę nacieszy.
- Zamieszkasz w pokoju z Oskarem - oświadczył nagle - Wiem, że nie jesteś do tego przyzwyczajony, ale myślę, że się jakoś pomieścicie. Oskar to dobry chłopak. Może trochę nieśmiały i skryty, ale w gruncie rzeczy bardzo miły i porządny. Jeśli się dogadacie, to na pewno zapozna cię ze swoimi znajomymi ze szkoły. 
- Z pewnością. 
- Poza tym, chłopaki, w dodatku rówieśnicy, powinni trzymać się razem.
- Zgadzam się. 
Chociaż tak naprawdę wcale się nie zgadzałem. 
  Osiedle, na którym mieszkało stryjostwo pamiętałem całkiem dobrze. Szczególnie drabinki i huśtawki na placu zabaw, na którym zawsze bawiłem się sam. Spędziłem tam całkiem niezły czas, mimo tego, że samotnie. Zajechaliśmy na parking otoczony zewsząd kolorowymi, czteropiętrowymi blokami. W jednym z nich na drugim piętrze w klatce numer 3 znajdował się mój nowy dom. Wysiadłem pospiesznie z samochodu i rozejrzawszy się dookoła, rozpoznałem ten właściwy. 
- Możesz już iść, jeśli jest ci zimno - zaproponował stryj - ja zajmę się walizką. 
Kiwnąłem głową, po czym ruszyłem przed siebie. Klatka schodowa okazała się być tak samo obskurna, jak ostatnim razem, gdy tu byłem. Przeskakiwałem co drugi schodek, zatrzymując się jedynie na półpiętrach, by obejrzeć widok zza okien. W sumie, nie było tam nic nadzwyczajnego - trochę śniegu i drzewa. Wreszcie stanąłem przed drzwiami mieszkania, które od początku było moim celem. To jego sobie zażyczyłem. Tak po prostu miałem taki kaprys. Nie czułem strachu ani ekscytacji. Niczego, co mogłoby podwyższyć poziom mojej adrenaliny, a jednak serce biło mi jakoś tak nienaturalnie szybko. Zapukałem dyskretnie. Po drugiej stronie ktoś pospiesznie się przybliżał. Szczęk zamka i moim oczom ukazała się niska, drobna kobieta w średnim wieku ubrana w kraciasty fartuch.  
- Jeremik! - zawołała, rzucając mi się na szyję. Pocałowała mnie trzy razy - po galicyjsku
 - Wchodź do środka i zdejmuj kurtkę. Zmarzłeś pewnie. U nas teraz taka pogoda i zapowiadali tak jeszcze na następne dwa tygodnie. Akurat udało ci się przyjechać na ferie zimowe. odpoczniesz sobie, przygotujesz się do nowej szkoły...
Ciocia Małgosia w gadulstwie dorównywała swojemu mężowi. Uwielbiałem jej ciepły uśmiech i domowe obiady, których nieczęsto mogłem skosztować, bo w Warszawie zazwyczaj jedliśmy na mieście. Zdjąłem buty i rozejrzałem się po jasnym mieszkaniu. Korytarz pokryty białą boazerią prowadził bezpośrednio do toalety. Na lewo pierwszym pomieszczeniem była niewielka kuchnia, z której unosił się pyszny zapach pieczonego mięsa. Po drugiej stronie zaś mały pokoik, w którym mieszkał Oskar , a zaraz obok niego drzwi prowadzące do dużego pokoju. Wróciłem do kuchni, po której krzątała się ciotka z wrażeniem, że czegoś tutaj brakuje. W tym samym czasie do mieszkania wszedł stryj, targając ze sobą moją walizkę. Zdjął buty rozejrzał się i od progu zawołał:
- Oskara nie ma?
Bingo. 
- Wyszedł gdzieś chyba z tą swoją koleżanką - odpowiedziała ciocia, mieszając zupę w garnku - Powiedziałam mu, żeby wracał szybko, bo Jeremi przyjeżdża, ale teraz to nie wiem, co się z nim dzieje.
- Zadzwonię do niego. 
Zatrzymałem się dłużej na słowie koleżanka. Nie mogłem zgadnąć, czy chodziło o znajomą czy coś więcej. Nigdy nie wierzyłem w przyjaźń damsko-męską, chociaż Oskarem nie wyglądał mi na łamacza niewieścich serc. 
- Synu, gdzie ty się podziewasz? - mruknął stryj z nieukrywaną pretensją do telefonu - Mama czeka z obiadem, tutaj Jerzyk już z nami jest, a ty nagle znikasz... no to umówicie się z Julią kiedy indziej... chyba zrozumie, że przyjechał do ciebie kuzyn z daleka... to dobrze... pozdrów ją ode mnie. Pa. 
Julia. A więc tak nazywała się ta jego koleżanka. nie wiem, dlaczego mnie to tak interesowało, ale bardzo chciałem wiedzieć, kim ona dla niego tak naprawdę była.  

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

 Zawsze lubiłem patrzeć na Laurę. Obserwowałem ją bacznie, gdy w niesłychanie drogiej sukience posyłała uśmiechy, nienagannie dygała przed ważnymi osobistościami i zabawiała rozmową swoich znajomych. Wszystko w niej zdawało się być doskonałe, chociaż ona sama twierdziła inaczej. Nie ulegało wątpliwości, że była jedną z najładniejszych dziewczyn na tym przyjęciu. Nie chciałem tam z nią iść, bo nigdy nie interesowało mnie płaszczenie się przed grubymi rybami stolicy uwiązanymi krawatami w kolorach pasujących do sukienek ich małżonek. Cóż jednak miałem zrobić, gdy stanęła przede mną ubrana tylko w cieniutką bieliznę i dziesięciocentymetrowe szpilki z przechyloną zadziornie głową. Jej włosy w kolorze żyta  zdawały się wtedy spływać z ramion jak wodospad.
- Jeremi... - zamruczała, prawie nie ruszając ustami - Jeremi, proszę cię. Wszyscy tam będą. Co powie Aldona, gdy zobaczy, że przyszłam sama?
- Nie powinno jej to interesować - odpowiedziałem bardzo chłodno, co odzwierciedlało w pełni moje uczucia względem Aldony, matki Laury, która regularnie wtrącała się do naszego życia. 
Tak, to było nasze życie. Od momentu, gdy Laura pojawiła się na mojej drodze, wiedziałem, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Nie wiem, czy chodziło wtedy o miłość, czy może już o status społeczny, na którym tak bardzo jej zależało, ale chciałem być przy niej. 
- Przecież znasz moją rodzinę - powiedziała, kładąc moje dłonie na jej kobiecych biodrach - wiesz doskonale, jacy są.
Oczywiście, że wiedziałem. W gruncie rzeczy brałem udział w prawie każdej rodzinnej uroczystości, a było ich wiele. Objąłem prawie nagie ciało Laury i przytuliłem do swojego. Ona potraktowała to jako zgodę, więc tradycyjnie włożyła dłonie w moje tylne kieszenie i spojrzała mi prosto w oczy. 
- Ale to będzie ostatni raz - zastrzegłem sobie - później będziesz się tłumaczyła, że musisz uczyć się do matury.
- Oczywiście - przytaknęła - Wiesz, że cię kocham?
Wiedziałem o tym od dawna. Nie wiem, dlaczego jej o tym nie powiedziałem. 
 Tego dnia Laura odeszła. Nagle zniknęła z mojego życia na zawsze.Ktoś zatrzasnął drzwi w łazience, ktoś inny zapomniał włączyć klimatyzację, a ktoś jeszcze inny nie przetestował sprawności piecyka gazowego. Nie pamiętam już nawet, jak to się stało. Nie pamiętam jej pogrzebu. Nie pamiętam żalu za nią. Już nigdy miałem nie zobaczyć jej pięknej twarzy, ani dotknąć jej ust. Oderwane od tego świata myśli krążyły mi po głowie przez długi czas do momentu, gdy moi rodzice nie zaczęli wypytywać o stan mojego ducha. Obudziłem się, gdy uznali, że nie mogą mi w żaden sposób pomóc i że to miasto powoli mnie zabija. Nie miałem tyle szczęścia co Laura, która dzięki łasce Warszawy umarła szybko i bezboleśnie. Mnie stolica torturowała stopniowo trawką, amfą, wódką i kilkudniowymi utratami pamięci. Dlatego zaproponowali mi wyjazd. W dowolne miejsce na świecie. Odpocznę na chwilę, wrócę do szkoły w przyszłym roku, nic się nie dzieje, wszystko będzie dobrze. Mogłem zażądać Jamajki albo chociaż Majorki, ale nie wiedzieć czemu, zażyczyłem sobie tego jedynego miejsca na ziemi.
- Chciałbym zamieszkać u stryja Władka - odpowiedziałem - Dokończyć tam naukę i zdać maturę.
- Chcesz się przenieść do innej szkoły, kiedy do matury zostały raptem cztery miesiące? - zapytała z niedowierzaniem moja matka - Wiesz dobrze, że pieniądze nie grają roli. Możesz odpocząć sobie gdzieś indziej....
- Ale ja nie chcę odpoczywać! - warknąłem zbyt gwałtownie, za co ojciec skarcił mnie groźnym spojrzeniem - Chcę po prostu stad wyjechać i zacząć wszystko od nowa. 
  I tak oto wszystko się zaczęło. Siedziałem w pociągu w wagonie lotniczym obok jakiegoś faceta, zastanawiając się, co ja najlepszego wyprawiam. Kierunek - Rzeszów. Miejscowość widziana przez mgłę kojarzyła mi się tylko z rodzinnymi zjazdami w wakacje. Stryj Władek był moim ulubionym członkiem rodziny, bo jako jedyny nie dbał o pieniądze. Wybrał całkiem przeciętne życie w bardzo przeciętnym mieście, ale z ukochaną żoną Małgosią. Ją również bardzo lubiłem. nie mogłem jednak nigdy dogadać się z ich synem - Oskarem. Nie to, że go nie lubiłem, po prostu zawsze, gdy przyjeżdżaliśmy z rodziną, on zamykał się w pokoju z moją starszą siostrą Lidką, którą uważał za swój największy autorytet. Przesiadywali całymi dniami tylko w swoim towarzystwie i rozmawiali o teatrze, a mnie brakowało odwagi, żeby do nich dołączyć.
   Wszystko było już załatwione. Stryj zapisał mnie do nowej szkoły, zameldował w swoim domu i zarejestrował u lekarza rodzinnego. Zdawało się, jakby się cieszył na mój przyjazd. Mnie było wszystko jedno.

To będzie początek

Na sam początek chciałabym się przedstawić. Nazywam się Pola i jestem niespełnioną artystką. Czasami bardzo mnie to uwiera, ale w gruncie rzeczy, gdzie indziej mogłabym się produkować, jak nie tu - w internetach. 
 Postanowiłam napisać coś dla siebie, co sama chciałabym kiedyś przeczytać. Nie liczę na to, że znajdę czytelników już po pierwszym wysłanym poście, bo najprawdopodobniej sama siebie nie zareklamuję na swoim profilu na fejsbuku. Trochę się wstydzę swojej twórczości.,a