Miałam nadzieję na lepsze spędzenie tego dnia. Nie winiłam Anki za to, że koniecznie chciała się spotkać z Bartkiem, ani Oskara za to, że przyjechał jego tajemniczy kuzyn. Chciałam jednak spędzić z nimi trochę więcej czasu; ostatnio czuję się taka samotna...
Wystawy sklepowe, które mijałam, przemierzając Śródmieście zdawały się krzyczeć do mnie walentynkowymi sloganami. Nie chciałam nie lubić tego święta, ale to właśnie w tym okresie samotność doskwierała mi najbardziej. Nie to, żebym nie miała żadnego powodzenia. Wszędzie, gdzie tylko przebywałam roiło się od chłopaków: w szkole, w orkiestrze, w mojej orkiestrze... chociaż tam każdy sprawiał wrażenie zdystansowanego. No jasne, kto chciałby się umówić z dziewczyną, która nosi w torbie drewniane pałki i potrafi nimi nieźle przywalić. Grałam na perkusji, a dokładniej - na kotle. Był ciężki, nieporęczny i przy marszu obijał się o uda, ale przynajmniej sprawiał wrażenie groźniejszej, niż byłam w rzeczywistości. Była to Reprezentacyjna Orkiestra Stadionowa Marmy Hadykówki i grywała najczęściej na meczach żużlowych. Miałam dwanaście lat, gdy właśnie tam zobaczyłam ją po raz pierwszy. Ponad sześćdziesiąt osób zwartych w szyku, trzymających błyszczące instrumenty. A te radosne melodie... Od razu zapragnęłam do niej należeć, a jako córka jednego z żużlowców, miałam łatwiejsze dojście. Z początku niespecjalnie chcieli mnie przyjąć, bo nie ukończyłam żadnej szkoły muzycznej. Szybko się jednak okazało, że mam poczucie rytmu, więc dali mi do wypróbowania kilka elementów perkusji. I to grę na kotle opanowałam najszybciej.
Reszta traktowała mnie jak maskotkę, bo byłam najmłodsza, najmniej doświadczona i w dodatku dostałam się dzięki karcie przetargowej w postaci mojego taty - Pawła Wojnarskiego. Część z nich trochę mi zazdrościło, bo w tamtych czasach tata był prawdziwą gwiazdą Ekstraligi, a moje nazwisko zawsze figurowało na liście członków orkiestry. Żeby każdy wiedział, kim jestem. Po mniej więcej trzech latach nastąpiła częściowa rotacja składu, a ja zostałam i tak oto stałam się bardzo szybko stara. Dzięki swojej rzetelności sumienności zostałam szybko doceniona przez nowych kolegów i dyrygenta. I nikomu już nie przeszkadzało to, że zawsze była wymieniana jako pierwsza. Aż nagle pojawiła się niespodziewana wiadomość o śmierci mojego ojca. Bajka, w której żyłam, zamieniła się w koszmar, z którego nie można się wybudzić. był żużlowcem, więc gdyby zmarł na torze w wyniku jakiegoś wypadku, okrzyknięto by go bohaterem. On jednak, najbardziej beztroski człowiek, jakiego znałam, zginął w wypadku, prowadząc swój ukochany motor po pijanemu. Media szybko o nim zapomniały, a na podwórku i w szkole dzieci szeptały za moimi plecami, że jestem córką pijaka.
W domu się o tym nie mówiło. Z resztą, mama przez pierwsze pół roku po wypadku, prawie w ogóle nie rozmawiała ze mną i moim młodszym bratem. Oboje z Tomciem bardzo silnie to przeżyli i często okazywali swoje emocje. Ja również tęskniłam za tatą, ale starałam się nie okazywać słabości, by pomóc im obojgu dojść do siebie. Towarzyszył nam wtedy Andrzej, młodszy brat mojej mamy, który zawsze służył jej pomocą. Przesiadywał u nas całymi dniami, gotował obiady, odbierał mnie ze szkoły. Minęły kolejne trzy lata, ja wciąż grałam w orkiestrze, mama wróciła do siebie i zajęła się pracą, a mój brat poszedł do szkoły. Tylko puste miejsce przy stole, stare ubrania w szafie, medale i puchary wciąż przypominały o pustce pozostawionej po kimś bliskim.
Starałam się troszczyć o chorowitego Tomcia, który był uczulony na absolutnie wszystkie alergeny, a do tego miał astmę i wadę wzroku. Był moim młodszym o dziesięć lat braciszkiem przewyższającym błyskotliwością większość dzieci w jego wieku, dlatego najczęściej nie miał się z kim bawić. Przesiadywał całymi dniami w swoim pokoju i rysował, albo składał drewniane modele.
- Co robisz? - zapytałam, przyglądając się jego zgarbionym plecom.
- Projektuję łódź podwodną - odparł pochylony nad biurkiem. - Jeśli uda mi się ją skonstruować, to będziemy mogli zanurkować w Wisłoku
- A dlaczego nie w morzu?
- Przecież morze jest na północy - mruknął z dezaprobatą, po czym odłożył ołówek i wstał z obrotowego krzesła. - Miałbym problem z przetransportowaniem jej na drugi koniec Polski. Ale jeszcze się nad tym zastanowię.
- To może zastanowisz się przy obiedzie? - zaproponowałam, udając się do kuchni. Na płycie stal wielki garnek z zupą ogórkową. - Gdzie jest mama?
- Pojechała do cioci Elizy. Powiedziała, żebyś się zajęła wszystkim jak wrócisz, bo ona tam pewnie długo zostanie.
Jasne. Mama lubiła załatwić wszystko na szybko, a potem zniknąć na cały dzień, zostawiając cały dom na mojej głowie. A było to prawie dwieście metrów kwadratowych powierzchni użytkowej plus ogród. Szkoda, że Andrzej wyjechał do dziadków. Gdyby tu był, przynajmniej nie siedzielibyśmy sami z Tomciem, który i tak nie był zbyt dobrym kompanem, bo nawet przy obiedzie odpływał do swojego własnego świata. Ja z resztą też. Mieszając podgrzewającą się zupę zastanawiałam się, czy będą teraz jakieś koncerty orkiestry, co Anka kupi Bartkowi i jak Oskar wytrzymuje z tymi Jeremim.