- Oskar, no chodź tutaj! - zawołała Anka wyraźnie zniecierpliwiona. Zawsze, gdy się denerwowała, przeczesywała sobie palcami swoje krótkie włosy - Musisz mi jakoś pomóc, w gruncie rzeczy jesteś facetem.
Od dwóch godzin ciągała nas po piętrach galerii w poszukiwaniu prezentu walentynkowego dla Bartka - jej chłopaka.
- Jestem gejem - mruknął Oskar z poirytowaniem, wpatrując się zza szkieł okularów w regał z powieściami fantasy - Nie mam zielonego pojęcia, co mogłoby się spodobać takiemu facetowi, jak twój Bartuś.
Wziął do ręki jeden z opasłych tomów i zaczął czytać informacje na obwolucie. Wyglądał tak samo smutno i tajemniczo, jak zawsze. Wysoki, chudy, trochę przygarbiony o delikatnych rysach twarzy i głębokim, piwnym spojrzeniu. Nawet Anka wyglądała przy nim bardziej męsko, ze względu na swoją masywną budowę. Oskar był dla mnie gałązką płaczącej wierzby.
- Słaby argument, wiesz? - żachnęła się Anka, pochylając się nad nim - Chciałam mu podarować coś typowo
walentynkowego. W tym chyba mógłbyś mi pomóc.
walentynkowego. W tym chyba mógłbyś mi pomóc.
- Pudło, Aniu - odparł, odrywając wzrok od okładki - Na tym również się nie znam. Wiesz dobrze, że nie lubię tego święta. Jest tak samo bezsensowne jak Halloween.
- Mówiłbyś inaczej, gdybyś też kogoś miał - zawołała Anka stojąca w sąsiednim dziale - Tak jest zawsze.
- Jasne. wszyscy zazdrościmy ci twojego Bartusia.
Ta jedynie prychnęła i powróciła do poszukiwań.
- Myślałam, że czujesz niechęć jedynie do Wielkanocy - wtrąciłam, przyglądając się uważnie Oskarowi
- Tak, to też - przytaknął - Ale to inny rodzaj niechęci. Walentynek nie lubię ze względu na ich komercyjny charakter, a Wielkanocy - ze względu na moją beznadziejną rodzinę.
Nie chciałam dolewać oliwy do ognia, więc już się nie odezwałam. Oskar od tygodnia biadolił o przyjeździe swojego pogrążonego w depresji kapryśnego kuzyna z Warszawy. Nie powiedział o nim ani jednego dobrego słowa przez cały ten czas, jednak mimo to, chciałam go poznać.
- Świetnie - mruknęła Anka, która przez ten czas przeczesywała półki sklepowe - Ty tu sobie marudź, niech cię Julia pociesza, a mnie zostaw brudną robotę.
- Aniu, Bartek jest twoim chłopakiem - powiedziałam najłagodniej, jak tylko umiałam - Ty powinnaś wiedzieć najlepiej, co mu się spodoba.
- Tak, ale...
Jedno znaczące spojrzenie i Anka wreszcie się uciszyła. Obie skupiłyśmy się wtedy na Oskarze i jego pełnych spokoju gestach: dłoni gładzących grzbiety kolejnych książek, kolan zginających się tak, aby mógł on dosięgnąć niższych półek.
- Oskar, chyba nie jest tak źle - powiedziała w końcu Anka - Może się jeszcze zakolegujecie...
- Może bym chciał, ale on nigdy nie wykazywał zainteresowania - odparł - Prawie nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, bo on uciekał od mojego towarzystwa za każdym razem, gdy próbowałem się do niego przybliżyć. Gardził mną, bo lepiej dogadywałem się z jego siostrą.
- To trochę bez sensu, że tu przyjeżdża, skoro się nie lubicie - stwierdziłam.
- Nawet bardziej niż trochę - żachnął się, ruszając w stronę wyjścia - Ojciec mówi, że popadł w złe towarzystwo i rodzice go tu przysyłają, żeby się uspokoił, ale mnie wydaje się, że chodzi o coś większego.
- Nie musisz się tym przejmować - powiedziała Anka, szukając w swojej torebce wibrującego telefonu. Odebrała wiadomość, która wywołała ogromny uśmiech na jej twarzy - To Bartek. Pisze, że bardzo za mną tęskni i pyta, czy do niego nie wpadnę.
Jej wyraz twarzy zmienił się z arcyszczęśliwego na błagalno-pytający. Bardzo chciała spotkać się ze swoim chłopakiem, jednak z drugiej strony niezręcznie było jej zostawiać naszą dwójkę. Zwłaszcza, że sama nas tutaj zaciągnęła. Oskar pokiwał głową ze zrozumieniem, a ja uśmiechnęłam się pobłażliwie.
- Idź. Spotkasz się z nami kiedy indziej.
- Jasne! - rzuciła z entuzjazmem w głosie - Może jutro gdzieś wyskoczymy, co wy na to?
Nie czekając na odpowiedź, wymieniła z każdym z nas powietrzne całuski i pognała w stronę wyjścia z galerii. Staliśmy przez chwilę, patrząc jak odchodzi. Oskar zdjął z głowy swoją bordową czapkę, poprawił sobie grzywkę, po czym ponownie ją nałożył. Robił to nagminnie.
- To może napijemy się gorącej czekolady? - zapytał nieśmiało czyli tak, jak zawsze, gdy coś proponował.
- Z przyjemnością - odparłam, chwytając za rękaw jego szarego płaszczyka.
Automat z gorącymi napojami, z którego korzystaliśmy przy każdej możliwej okazji znajdował się na pierwszym piętrze, więc wsiedliśmy na ruchome schody, które zawiozły nas do góry. Jak zawsze, usiadłam na ławce, obserwując jak Oskar wrzuca monety i czeka na napój.
- Smacznego - wyrecytował, podając mi plastykowy kubek wypełniony parującą gorącą czekoladą.
Skinęłam głową, a on powtórzył cały proces na nowo. Potem usiadł obok mnie i upił łyczka.
Ja myślałam o tym, co powiedziała wcześniej Anka. Zastanawiałam się, czy miała rację, mówiąc, że gdy się już kogoś ma, to inaczej patrzy się na takie idiotyczne święta jak Walentynki. Nigdy nie miałam okazji się o tym przekonać, bo w przeciwieństwie do niej, zawsze byłam sama. Nie, żeby mi to przeszkadzało, ale w pewnym momencie życia uświadomiłam sobie, że chciałabym jednak poznać kogoś szczególnego, kto doceniłby mnie i moje wnętrze.
- Myślisz, że kiedyś nam się uda? - spytałam w końcu.
- Ale co?
- No zapoznać kogoś, związać się..no wiesz...
Oskar zastygł z ustami zamoczonymi w czekoladzie. Pewnie zaskoczyła go moja bezpośredniość. Nie dziwiłam mu się, w końcu nie miałam z zwyczaju mówić głośno o sprawach sercowych.
- Ze mną może być ciężko, ale ty... - odpowiedział zdawkowo.
- Co?
- Wiesz, Julio... jestem, no wiesz, trochę inny... ale gdybym nie był, to na pewno starałbym się ciebie poderwać.
Zmarszczyłam brwi, dając mu do zrozumienia, że to był kiepski żart.
- Mówię serio - zapewniał - Masz ładną twarz. Ładne, szare oczy i włosy, które podobają się wszystkim. I dobry charakter. Czego chcieć więcej?
- Nie starasz się podnieść mnie na duchu? - zapytałam podejrzliwie.
- Ani trochę. A jeżeli tak bardzo ci na tym zależy, to możemy przez chwilę poudawać przed ludźmi, że nie jestem gejem, a ty jesteś moją dziewczyną.
Objął mnie nonszalancko, posyłając przechodniom pełne dumy spojrzenia, podczas gdy ja próbowałam powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. Będąc tak blisko niego, poczułam wibrujący telefon w jego kieszeni.
- Przepraszam, muszę odebrać - mruknął zbity z pantałyku. - Słucham?...w galerii....przepraszam, naprawdę...z Julią...no dobrze. Pa. To mój ojciec - zwrócił się do mnie - Pozdrawia cię.
- Dziękuję.
- I każe mi wracać do domu. Jeremi przyjechał.
Jeremi, tak nazywał się jego kuzyn. Pierwszy raz, odkąd zaczął o nim mówić, nazwał go po imieniu. Popatrzyłam na jego strapioną minę. Najwyraźniej tego najbardziej się obawiał - powrotu do domu, w którym zastanie swojego nielubianego kuzyna.
- Przykro mi, że musimy się teraz rozstać - wyznał smutnym głosem - Ale muszę tam iść. Nie mogę przez wieczność chować się go centach handlowych.
Skinęłam głową ze zrozumieniem. Tylko na tyle było mnie stać. bardzo chciałam go jakoś pocieszyć, w końcu był moim najlepszym przyjacielem podnoszącym mnie zawsze na duchu. Mogłam jedynie pogładzić go po ramieniu, gdy staliśmy już na przystanku, czekając na jego autobus.
- Mam nadzieję, że nie będziesz musiała go poznawać - wyznał Oskar.
- Dlaczego?
- Bo to żadna przyjemność. Chociaż wątpię w to, że na siebie nie wpadniecie, bo będzie chodził do naszej szkoły. Mam tylko nadzieję, że nie będzie na mnie wtedy zwracał uwagi. Jak zawsze.
Trochę mnie to podminowało, bo naprawdę byłam ciekawa, jaki był Jeremi.Chciałam go poznać i nie wiem, dlaczego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz