A więc tak wygląda dworzec w Rzeszowie. Mozaiki na ścianie przypominające monety sprzed denominacji nie robiły na mnie wrażenia tak samo jak i sama zabudowa miasta, którą zobaczyłem po wyjściu na jego powierzchnię. Rozejrzałem się wokół siebie, szukając chociażby jednej znajomej twarzy. Nic. Żaden z mijających mnie spieszących się ludzi nie był mi znajomy. Mróz szczypał mnie w twarz, a płatki śniegu wplątywały się w moje rzęsy. Wyobraziłem sobie, jak idiotycznie mogłem wtedy wyglądać: ciemna, schowana w czarną kurtkę postać, stojąca jak słup soli obok ogromnej walizki. Rozglądająca się bezradnie na boki.
- Jerzyk! - zawołał za mną znajomy głos - Jerzyk, tu jesteś!
Odwróciłem się na pięcie za zainteresowaniem. Tak mówił do mnie tylko...
- Stryj Władek! - odpowiedziałem z nieukrywanym entuzjazmem - Już myślałem, że nikt po mnie nie przyjedzie.
Podszedł do mnie mężczyzna wysoki, lekko łysiejący na czubku głowy, opatulony w jasny kożuch.Uścisnął mnie serdecznie, po czym chwycił moją walizkę za rączkę i uśmiechnął się szeroko.
- No coś ty, Jerzyk - zaoponował, poprawiając mi jedną ręką mój szalik - Nie zostawilibyśmy cię na takim mrozie. Opowiadaj, jak podróż? Miałeś miejsce w pociągu? A jak w domu? U taty wszystko dobrze? Dawno się z nim nie widziałem, właściwie od zeszłej Wielkanocy. Trochę szkoda, że tak rzadko przyjeżdżacie, bo zawsze chętnie was gościmy, ale co tu się dziwić. Gdybym ja mieszkał w Warszawie, to też bym się z niej zbyt często nie ruszał.
Stryj na chwilę przerwał swój radosny słowotok, żeby zapakować moją walizę do bagażnika. Po chwili, gdy już obaj siedzieliśmy wewnątrz samochodu, ponownie go uruchomił, zalewając mnie falami swojego optymizmu.
- Wszystko już jest przygotowane - opowiadał, próbując się jednocześnie skupić na drodze - Zapisaliśmy cię z ciocią do tej samej szkoły, do której chodzi Oskar. Chyba nie masz nic przeciwko?
- Nie, nie - odparłem, jednak w głębi duszy nie bardzo było mi to w smak, nawet nie wiem, dlaczego.
- Oczywiście, nie będziecie chodzić do jednej klasy. Przydzielili cię na profil matematyczny, żebyś mógł dokończyć naukę. Oskar uczy się na humanistycznym. No cóż, tak sobie wybrał...
Tak, słyszałem. To jeden z tych mało ambitnych profili, które się wybiera po to, żeby się w liceum specjalnie nie zmęczyć. W głosie stryja słychać było nutę zawiedzenia. Widocznie, myślał podobnie, co ja.
- Bardzo się cieszę - odpowiedziałem, żeby nieco podnieść go na duchu - A czy to dobra szkoła?
- Najlepsza szkoła publiczna w mieście! - zawołał triumfalnie - Trzymają wysoki poziom od ponad czterdziestu lat.
Nie zrobiło to na mnie szczególnego wrażenia, bo moje liceum z Warszawy liczyło sobie ponad dwieście lat, ale nie powiedziałem mu o tym. Niech się trochę nacieszy.
- Zamieszkasz w pokoju z Oskarem - oświadczył nagle - Wiem, że nie jesteś do tego przyzwyczajony, ale myślę, że się jakoś pomieścicie. Oskar to dobry chłopak. Może trochę nieśmiały i skryty, ale w gruncie rzeczy bardzo miły i porządny. Jeśli się dogadacie, to na pewno zapozna cię ze swoimi znajomymi ze szkoły.
- Z pewnością.
- Poza tym, chłopaki, w dodatku rówieśnicy, powinni trzymać się razem.
- Zgadzam się.
Chociaż tak naprawdę wcale się nie zgadzałem.
Osiedle, na którym mieszkało stryjostwo pamiętałem całkiem dobrze. Szczególnie drabinki i huśtawki na placu zabaw, na którym zawsze bawiłem się sam. Spędziłem tam całkiem niezły czas, mimo tego, że samotnie. Zajechaliśmy na parking otoczony zewsząd kolorowymi, czteropiętrowymi blokami. W jednym z nich na drugim piętrze w klatce numer 3 znajdował się mój nowy dom. Wysiadłem pospiesznie z samochodu i rozejrzawszy się dookoła, rozpoznałem ten właściwy.
- Możesz już iść, jeśli jest ci zimno - zaproponował stryj - ja zajmę się walizką.
Kiwnąłem głową, po czym ruszyłem przed siebie. Klatka schodowa okazała się być tak samo obskurna, jak ostatnim razem, gdy tu byłem. Przeskakiwałem co drugi schodek, zatrzymując się jedynie na półpiętrach, by obejrzeć widok zza okien. W sumie, nie było tam nic nadzwyczajnego - trochę śniegu i drzewa. Wreszcie stanąłem przed drzwiami mieszkania, które od początku było moim celem. To jego sobie zażyczyłem. Tak po prostu miałem taki kaprys. Nie czułem strachu ani ekscytacji. Niczego, co mogłoby podwyższyć poziom mojej adrenaliny, a jednak serce biło mi jakoś tak nienaturalnie szybko. Zapukałem dyskretnie. Po drugiej stronie ktoś pospiesznie się przybliżał. Szczęk zamka i moim oczom ukazała się niska, drobna kobieta w średnim wieku ubrana w kraciasty fartuch.
- Jeremik! - zawołała, rzucając mi się na szyję. Pocałowała mnie trzy razy - po galicyjsku
- Wchodź do środka i zdejmuj kurtkę. Zmarzłeś pewnie. U nas teraz taka pogoda i zapowiadali tak jeszcze na następne dwa tygodnie. Akurat udało ci się przyjechać na ferie zimowe. odpoczniesz sobie, przygotujesz się do nowej szkoły...
Ciocia Małgosia w gadulstwie dorównywała swojemu mężowi. Uwielbiałem jej ciepły uśmiech i domowe obiady, których nieczęsto mogłem skosztować, bo w Warszawie zazwyczaj jedliśmy na mieście. Zdjąłem buty i rozejrzałem się po jasnym mieszkaniu. Korytarz pokryty białą boazerią prowadził bezpośrednio do toalety. Na lewo pierwszym pomieszczeniem była niewielka kuchnia, z której unosił się pyszny zapach pieczonego mięsa. Po drugiej stronie zaś mały pokoik, w którym mieszkał Oskar , a zaraz obok niego drzwi prowadzące do dużego pokoju. Wróciłem do kuchni, po której krzątała się ciotka z wrażeniem, że czegoś tutaj brakuje. W tym samym czasie do mieszkania wszedł stryj, targając ze sobą moją walizkę. Zdjął buty rozejrzał się i od progu zawołał:
- Oskara nie ma?
Bingo.
- Wyszedł gdzieś chyba z tą swoją koleżanką - odpowiedziała ciocia, mieszając zupę w garnku - Powiedziałam mu, żeby wracał szybko, bo Jeremi przyjeżdża, ale teraz to nie wiem, co się z nim dzieje.
- Zadzwonię do niego.
Zatrzymałem się dłużej na słowie koleżanka. Nie mogłem zgadnąć, czy chodziło o znajomą czy coś więcej. Nigdy nie wierzyłem w przyjaźń damsko-męską, chociaż Oskarem nie wyglądał mi na łamacza niewieścich serc.
- Synu, gdzie ty się podziewasz? - mruknął stryj z nieukrywaną pretensją do telefonu - Mama czeka z obiadem, tutaj Jerzyk już z nami jest, a ty nagle znikasz... no to umówicie się z Julią kiedy indziej... chyba zrozumie, że przyjechał do ciebie kuzyn z daleka... to dobrze... pozdrów ją ode mnie. Pa.
Julia. A więc tak nazywała się ta jego koleżanka. nie wiem, dlaczego mnie to tak interesowało, ale bardzo chciałem wiedzieć, kim ona dla niego tak naprawdę była.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz